
Miały obronić słupszczan przed atakiem wrogich imperialistów. Dzisiaj znikają, ale nadal wzbudzają wiele emocji i otoczone są mgiełką tajemnicy.
Pierwsze schrony w Słupsku powstały zapewne w okresie II wojny światową i miały chronić przed bombardowaniem mieszkających tu Niemców. Jednak schrony budowano także po wojnie. Można powiedzieć, że właśnie w tym czasie przeżyły swój złoty wiek. Teraz są jedynie, często niechcianym, reliktem zimnej wojny.
Nie tajne, ale nie publiczne
Po drugiej wojnie światowej do okresu obalenia poprzedniego systemu w Słupsku funkcjonowało aż 21 schronów. Mogło w nich pomieścić się niespełna dwa tysiące osób z blisko 100-tysięcznego miasta. - Słupsk sam w sobie nie był miastem o znaczeniu strategicznym, ale było koło nas strategiczne lotnisko – mówi Leszek Szweda, dyrektor Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego od lat zajmujący się obroną cywilną w mieście. - Liczba wydaje się imponująca, ale niestety, w razie jakiegokolwiek zagrożenia w tych schronach przetrwaliby nieliczni.
Jak twierdzi Szweda, schrony powstawały w zakładach pracy, spółdzielniach mieszkaniowych, urzędach i szkołach. Często na ich potrzeby adaptowano piwnice. Obecnie schrony tracą swoje znaczenie. Właściciele budynków, w których się znajdują, nie chcą ich utrzymywać i występują o wypisanie ich z rejestru. Jednak schrony nadal okrywa mgła tajemnicy. Gdy chcieliśmy się dowiedzieć dokładnie, w jakich miejscach umieszczono aż 21 takich obiektów, nie uzyskaliśmy jasnej odpowiedzi. Dyrektor Szweda odesłał nas do Wojewódzkiego Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego, bo jak twierdzi, nad schronami pieczę sprawuje wojewoda. - Nie mamy takiej listy, bo ma ją gospodarz terenu, czyli miasto – mówi Roman Koszucki, kierownik słupskiego oddziału Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego województwa pomorskiego.
Leszek Szweda przyznał nam, że ma taką listę, ale nie może jej ujawnić. - Nie jest to informacja tajna, ale nie jest publiczna. Chociaż faktycznie schronów nie mamy, to formalnie dalej figurują w ewidencji. Nie mogę więc tego ujawnić – stwierdził dyrektor Szewda.
Super schron
Mimo przeszkód prawnych postanowiliśmy odsłonić nieco rąbka tajemnicy schronów. Jak udało się nam ustalić, najnowocześniejszy schron oddano do użytku w 1981 roku w podziemiach biurowca Famarolu przy ul. Poznańskiej. Podobny schron w tym samym czasie uruchomiono w Sezamorze. Schron w fabryce maszyn rolniczych przetrwał do dzisiaj. - W tamtym czasie był to trzeci tak zwany obiekt schronowy na terenie zakładu – mówi Ryszard Zgoda, zajmujący się BHP i obroną cywilną w Famarolu. - Ten był najnowocześniejszy. Jednak nie przetrwał nie naruszony do naszych czasów. W 2001 roku ucierpiał podczas powodzi. Woda zalała wszystkie urządzenia i instalacje. Od tamtej pory nie nadaje się do użycia. Chcemy go skreślić z ewidencji.
Mimo powodzi schron w Famarolu nadal robi wrażenie. Obiekt ma ponad 175 metrów kwadratowych powierzchni. Prowadzą do niego kręte schody, a kryje się pod prawie dwumetrowym stropem. Wejścia do schronu i wszystkich jego poszczególnych pomieszczeń strzeże w sumie kilkadziesiąt grubych, metalowych drzwi ze specjalnymi uszczelkami. Schron podzielony jest na 19 pomieszczeń, przeznaczonych na sprzęt, do odpoczynku, toalety oraz dla komendanta, gońców, sztabu. Do dzisiaj w większości schronowych pokoi zachowały się telefony polowe, centrala telefoniczna wyprodukowana w 1978 roku. Nadal znajdują się tam specjalne filtry, zestaw akumulatorów, prostowników i skomplikowana instalacja elektryczna. - Schron stoi niewykorzystany – dodaje Zgoda. - Myślę, że będzie tak stał jeszcze długo. Nie zasypiemy go, bo przez to do naszego biurowca wedrze się wilgoć.
Szkoły i zakłady pracy
Famarol i Sezamor nie były jedynymi zakładami pracy, które miały schrony. Wielka woda zniszczyła urządzenia w schronie ratuszowym. Do dzisiejszych czasów zachowały się za to obiekty schronowe na kolei. Jak można wyczytać na forum eksplorerów, ciekawy obiekt znajduje się przy al. 3 Maja, tuż koło wiaduktu. Podobny stoi przy ul. Krzywoustego, na terenie po nieistniejącej już parowozowni. - Przez lata działał jak się patrzy – mówi Kazimierz Masztalerz, emerytowany pracownik kolejowych warsztatów. - Zajmowała się nim kolejowa obrona cywilna. Pamiętam, jak przeprowadzano tam jakieś ćwiczenia.
Obecnie schron jest zamknięty. Jest jednym z ostatnich budynków, które pozostały na pustym placu. Pozostał być może dlatego, że wpisał się w skarpę podtrzymującą szutrową ulicę.
Nie tak daleko od ulicy Krzywoustego w latach 50. wybudowano schron w ówczesnej Szkole Podstawowej nr 4, dzisiaj Gimnazjum nr 2. Pomieszczenie znajduje się w podziemiach szkoły. A jeden z włazów przetrwał do dzisiaj na szkolnym boisku. - Jak przyszłam do tej szkoły do pracy jako nauczyciel historii to schron był już szatnią dla uczniów – mówi Jolanta Wiśniewska, dyrektorka Gimnazjum nr 2. - Jednak przez lata w szkole, chyba do końca lat dziewięćdziesiątych, utrzymywana była drużyna schronowa. W jej skład wchodziło pięć lub sześć osób. To byli wyznaczeni pracownicy szkoły, w tym nauczyciele.
Wejście do schronu prowadzi szerokimi schodami do piwnicy. Schron znajduje się na lewo od zejścia. Jeszcze kilkanaście lat temu znajdowała się tam szkolna szatnia. O tym, że uczniowie trzymali kurtki w schronie świadczą pozostałości po podwójnych drzwiach przy wejściu. Teraz znajduje się tam szkolny magazyn. Pusty jest jedynie wąski korytarz prowadzący do włazu na boisku.
W blokach
Niedaleko szkoły, na skrzyżowaniu ulic Sobieskiego i Szczecińskiej, znajdują się pozostałości innego schronu. Obiekt został także wybudowany zaraz po zakończeniu wojny. Podobny schron był w piwnicy tak zwanego stalinowca przy ul. Grodzkiej. Później funkcjonowała tam pizzeria. Swój schron mieli także mieszkańcy osiedla wojskowego przy Bohaterów Westerplatte. - To były zwykłe piwnice z metalowymi drzwiami – twierdzi Leszek Szweda. - W razie ataku ludzie mieli się tam schronić. Uszczelki w drzwiach miały chronić przed gazami i pyłami. Natomiast warstwa gruzu, która powstałaby po zburzeniu obiektu, miała teoretycznie chronić przed promieniowaniem.
Dzisiaj schrony w powojennych budynkach są zwykłymi piwnicami.
Do dzisiaj zachowały się także schrony przedwojenne. Ich pozostałości można podziwiać w centrum miasta, na przykład w parku przy al. Sienkiewicza, koło Kaplicy św. Jerzego, na ulicy Słonecznej. Do dzisiaj nie przetrwało wiele takich obiektów. Blisko dwadzieścia lat temu rozebrany został schron koło kościoła Kolbego i przy ul. Nowowiejskiej.
Mity i legendy
Wokół schronów przed- i powojennych powstało mnóstwo legend i mitów. Wielu słupszczan doszukuje się tajemniczych podziemnych tuneli, które miały prowadzić od mostu kolejowego na Słupi, tak zwanej katowni, do Bierkowa. Ten mit obalili eksplorerzy, opisujący swoje poszukiwania tunelu na forum. Z kolei inni fani sensacyjnych historyjek dopatrują się wielkiego schronu ukrytego na tyłach kina Milenium. O jego obecności ma świadczyć wielki wywietrznik przy ul. Piekiełko. - Ten grzybek to faktycznie wywietrznik, ale kina – mówi Paweł Wiliński, kierownik kina Milenium. - Tak było kino budowane w tamtym czasie. Latem dzięki niemu jest wpompowywane zimne powietrze do sali. To taka dawna klimatyzacja.
Inna legenda mówi o wielkich halach pod Alką. W podziemiach miały powstać podobne sale jak te, w których przez lata szyto buty. - Takiego obiektu nigdy nie mieliśmy w ewidencji – twierdzi Szweda. - Byłoby to nierealne, bo zalewałaby to systematycznie woda.
Podobne, kilkupiętrowe hale prawdopodobnie są pod budynkiem dawnej Wojewódzkiej Komendy Policji w Słupsku przy al. 3 Maja. Obecnie znajduje się tam budynek mieszkalny. Jednak po wejściu do niespotykanych w Słupsku podziemi nie ma śladu.
Tomasz Częścik/fot. APR-SAS