Aktualności
Dybbukiem wyszłam zachwycona
miasto | media | 9.03.2010

Prosta historia o dotrzymywaniu danego słowa. Pokazana w ciekawy, intrygujący sposób. O miłości i tęsknocie. O sprawiedliwości, przeznaczeniu… O sprawach, które nas nurtują, mimo że spychamy je - podczas gonitwy za codziennością - na dalszy plan.

„Dybbuk”, na motywach legendy dramatycznej Szymona An-skiego, a właściwie Szlojme Zajnwel Rapoporta, żydowskiego pisarza i publicysty, badacza folkloru, miał niełatwą przeszłość. Odrzucany przez decydentów, a nawet przyjaciół. Na deskach teatralnych zaistniał dopiero po śmierci autora. W grudniu 1920 roku Trupa Wileńska wystawiła „Dybbuka” w Teatrze Elizeum w Warszawie.

Dybuk w folklorze żydowskim oznacza duszę zmarłego grzesznika, która zamieszkała w ciele osoby żyjącej. Sztuka Szymona An-skiego z 1919 r. opowiada o tragicznej miłości Lei i Chanana. Ojciec Lei łamie obietnicę złożoną Chananowi i oddaje córkę innemu mężczyźnie. Zrozpaczony Chanan umiera, a jego duch wstępuje w dziewczynę. Przychodzi odebrać to, co jego.

Historia z pogranicza światów daje do myślenia. O „słowach rzuconych na wiatr”, o zbyt szybko wypowiedzianej obietnicy. A przecież słowa zaistniałe tworzą naszą rzeczywistość. Wystarczy wspomnieć: „Na początku było Słowo…” Spektakl niesamowity, taki, który trzeba zobaczyć. Treść podstawą, ale teatr teatrem. Reżyser spektaklu, Marcin Bortkiewicz, zaskoczył mnie formą. Sposobem pokazania dwóch w jednym. Dybbuk (Julian Swift) wstępujący w ciało Lei (..). Połączeni nierozerwalnie. Z niego wydobywa się głos, ale to ona rusza ustami. Scena niesamowita. Przypomniała mi Jacka Nicolsona w „Lśnieniu”. Pełne opętanie. Młoda aktorka – moim zdaniem – ma moc z sobą. Wiele może zdziałać na teatralnej scenie. Efekt sztuki wzmacnia „ruchoma” scenografia Ludomira Franczaka, będącego ponad wszystko. Bogiem, Ojcem, Wszechmogącym.

Nie za długie przedstawienie, właściwie – jak to określił sam reżyser – taka etiuda teatralna, ale świetnie zrobiona. Symboliczna, lecz jasna w przesłaniu. Spektakularna. Pozostawiająca ziarnko niepokoju, zmuszająca do refleksji. Po obejrzeniu sztuki nasunęło mi się pytanie – jeśli przez dwa tygodnie można zrobić tak niezłą rzecz, to co – kiedy ma się znacznie więcej czasu? Może ta etiuda doczeka się kiedyś rozwinięcia. Ale czy bym chciała? Czy nie obawiałabym się przegadania? Zależy od sposobu kontynuacji.

Przedsięwzięcie Borkiewicza miało szansę powstać dzięki finansowemu wsparciu Fundacji Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego.

jj j.jusianiec@agmedia.com.pl

Kurier Słupski
Zobacz również
© 2010 Urząd Miejski w Słupsku
Wykonanie: INVENTOR Multimedia